Fuerteventura i Ford KA+ – kucyk w natarciu.

Wypożyczanie auta na wakacjach za granicą potrafi być cholernie trudne i drogie, dlatego właśnie zajmuje się tym Sabina.  Skubana zawsze znajdzie jakąś grupę na fb, gdzie ktoś, komuś polecił wypożyczalnię, którą prowadzą nasi rodacy lub tam pracują.

I zawsze jest to strzał w dziesiątkę.

Poza tym, jeśli to ja bym się tym zajmował, to skoczylibyśmy pewnie lżejsi o kilkaset euro w najdroższym aucie z oferty lub po prostu bez samochodu.

Dobra przejdźmy do sedna, mieliśmy dostać auto na dwa dni, jednak z powodu sporego obłożenia skończyło się na jednym dniu i przejechanych 200 km po wyspie. Jaki samochód dostaniemy nie wiedzieliśmy do samego końca, mógł to być Focus, Clio, Twingo lub..

FORD KA+..

No i właśnie go dostaliśmy, jako lepszą alternatywę zwykłego KA.

Kucyk ( tak go nazwałem ze względu na zadziorną naklejkę mustanga na tylnej klapie ), miał przejechane 40.000 km i był praktycznie nowy, obecna cena katalogowa w Polsce zaczyna się od 42 tysięcy złotych i w tej perspektywie będę go oceniał.

Ogólnie na pierwszy rzut oka prezentuje się znośnie, w oczy rzuca się fakt wyciągniętego trochę na siłę nadwozia, w poszukiwaniu dodatkowej przestrzeni, której o dziwo w środku jest nawet sporo jak na ten segment, czego nie można powiedzieć o bagażniku.

W środku to typowy Ford, nie kumam czy to kwestia oszczędności, czy ktoś w zarządzie naprawdę uważa, że praktycznie identyczne wnętrza w całej gamie modelowej to dobry pomysł. Niby nie ma się do czego przyczepić ale osobiście uważam to za bezsens. Z Fordami mam już sporo lat doświadczenia, praktycznie od pierwszej generacji Focusa, i zawsze każdy miał charakterystyczne dla siebie wnętrze, szkoda, że producenci z tego rezygnują.

Kucyk dawał nam do dyspozycji całe 75 KM z silnika 1.2 bez wspomagaczy, co dało się odczuć na każdym kilometrze. Poniżej 3 tyś rpm, możemy zapomnieć o jakiejkolwiek elastyczności, a powyżej 5 tyś silnik zaczynał wyć jak wschodząca gwiazda popu .

No ogólnie był słaby i nie przyśpieszał, a próba jazdy z jakąkolwiek dynamiką kończyła się bólem głowy po kilku minutach.

Samo zawieszenie na równych asfaltowych drogach dawało radę, tutaj muszę pochwalić układ kierowniczy, który pracował z dość dużym lecz przyjemnym ( jak dla mnie ) oporem i dawał całkiem niezły feedback z drogi. Cały czar prysł na szutrowej drodze na plaże „popcorn” , którą mieliśmy na swojej mapie. Tam samochód zaczął podskakiwać jak ping-pong a przy prędkości 40 km/h na każdym zakręcie, próbował wpakować nas w jakiś rów lub głaz stojący przy drodze. Wiem, że to samochód miejski, jednak nawet moje pełnoletnie A3, z cięższym 1.9  radzi sobie o niebo lepiej w takich warunkach, niż ten Ford. Byłem trochę zawiedziony, ponieważ liczyłem mimo wszystko na trochę frajdy na tej trasie.

 Wtedy pojawiła się ona.

Droga, na która trafiliśmy totalnie przypadkowo na zasadzie „a skręć tu w lewo”.

Trasa między Pajara i Valle de Santa Ines ( FV-30, obowiązkowy punkt jeśli lubicie kręte, górskie drogi ), idealnie równa trasa, ciągnąca się miedzy górami ze wspaniałym widokiem i totalnie bez ruchu.

Lepiej być nie może.

Tam pojawił się uśmiech na mojej twarzy, a Kucyk pomimo wszystkich swoich wad i braku mocy dał mi trochę tej upragnionej frajdy z jazdy, czym odkupił swoje poprzednie winy w moich oczach. Na samym szczycie, okazało się, że na szutrach oberwała nieco dolna dokładka ( tego też nie kumam, zderzak maksymalnie podniesiony do góry a pod nim plastikowa listwa schodząca pionowo, w dół na kilka centymetrów, którą o wszystko zahaczamy ) . Niestety nie miałem pod ręką tryrtytyrtyek, ale przy pomocy młodej jakoś to ogarnęliśmy.

Kucyk ogólnie nie jest skrajnie złym samochodem, jednak przy cenie około 40 tyś złociszy, moje oczekiwania wobec samochodu są skrajnie inne niż obecnych klientów salonów, razi w oczy szczególnie tandetne wykonanie na tylnej klapie bagażnika, gumowy przycisk do otwierania, który już w tym przypadku był wypłowiały i po prostu brzydki, czy skrajnie mało plastiku od środka w otoczeniu blachy. Taki standard wykończenia auta jest dla mnie dramatem. Jest to auto typowo dla kogoś „bez oczekiwań”, kto potrzebuje trochę więcej miejsca w środku i poczucia, że jeździ nowym autem, bez obaw, że kolejny weekend będzie musiał spędzić w garażu na wymianie połowy zawieszenia. Ale mam wrażenie, że to problem większości nowych samochodów.

W mojej ocenie Kucyk dostaje 2/10, głównie ze względu na układ kierowniczy.

No i naklejkę z mustangiem na klapie bagażnika.

A teraz idę robić listę części do wymiany w moim gruzowatym 325i.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń na górę